Niewłaściwe ustawienie zębów i problemy ze zgryzem często ujawniają się już w dzieciństwie. Wielu z Was wspomina, że przygoda z aparatem ortodontycznym zaczęła się dla Was, gdy byliście jeszcze w szkole podstawowej. Ruchome aparaty wypluwane świadomie lub nie nocą – brzmi znajomo, prawda? 😉  Podobnie było z Agatą. Opis jej dotychczasowej historii, dotyczącej korekty m.in. protruzji i tyłozgryzu, podzieliliśmy na części. Dziś pierwsza z nich – zapraszamy!


Mam na imię Agata, mam 24 lata i mieszkam w Warszawie. Na razie wystarczy :). Wiek nieco się zmienił, ale przedstawiłam się Wam jak w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Pewnie dlatego, że teraz cofnę się do tamtych czasów, albo jeszcze dalej. Odkąd sięgam pamięcią, z moimi zębami był problem. Jak przez mgłę, ale jednak pamiętam czasy “mleczaków”, a konkretnie – górnych jedynek. Już z nimi było coś nie tak: były czarne jak dwa kawałki węgla, dosłownie. Ze smutkiem wspominam czasy przedszkola i zaczepki dzieciaków:

O, a ty nie myjesz zębów! Wypadną ci wszystkie zęby! Nie urosną ci stałe zęby! Masz popsute zęby. Czemu masz takie zęby? Jesz za dużo cukierków… i tak dalej.

Dziś nie pamiętam, które z dzieci to mówiło, nie pamiętam ich twarzy ani imion, nie wiem kim dziś są – ale to co mówili o moich zębach pamiętam bardzo dobrze.

Nieco później dowiedziałam się, że te dwa węgielki to skutek zażywania żelaza. Miałam jakiś problem z krwinkami czerwonymi, podobno rozbieżność rozmiarów: jedne były mniejsze, a drugie większe i żelazo było wskazane. A że przy okazji przebarwiło mi zęby? Cóż, drobna pomyłka 6-letnich doktorów i profesorów stomatologii z grochowskiego przedszkola – to nie od cukierków miałam czarne zęby!

Wraz z ukończeniem przedszkola pożegnałam się z jedynkami koloru karbonowego. Wtedy jednak pojawiły się obawy i gdybanie całej rodziny:

A co, jeśli stałe też jej wyrosną zniszczone? A jeśli też wyrosną czarne? A może w ogóle nie wyrosną?

Wbrew obawom zęby wyrosły i to nawet w normalnym kolorze, jednak miały pewien defekt…

Królik/zając/nutria

Niestety, moje jedynki wyrosły wysunięte do przodu i to dość znacząco, nienaturalnie i po prostu szpetnie. W związku z tym mama zabrała mnie do ortodonty. Lekarz przygotował dla mnie aparat ruchomy – miałam nosić go głównie w nocy, a także kilka godzin dziennie. Był on jednak tak okropny, że jako dziecko nie chciałam go nosić. Niestety, nie mam zdjęć, ale pamiętam, że miał dwa druty, które odchodziły z tego czegoś w kształcie mojego podniebienia na górny łuk i na dolny łuk. Po wsadzeniu go do buzi dostawałam szczękościsku. Nie mogłam otwierać ust, musiałam tak siedzieć albo spać ze sztucznie zaciśniętymi szczękami. Podczas spania też nie było lepiej – ilekroć wkładałam go wieczorem, rano znajdowałam go w różnych częściach łóżka – podejrzewam, że przeszkadzał mi we śnie i po prostu nieświadomie go zdejmowałam. Zbuntowałam się przeciwko temu zadrutowaniu i przestałam go nosić. Może trochę lepiej ustawił moje zęby, ale na pewno nie było idealnie.

Tymczasem minęło kilka lat, moja twarz zmieniła się i wiele osób, które mnie znają, przyzwyczaiło się do wyglądu moich zębów. Niektórzy twierdzili, że są one nawet urocze czy słodkie. Ja sama także z czasem nauczyłam się maskować wadę i lepiej domykać swoją buzię – co było bardzo wygodne, bo w ten sposób unikałam pytań nie na miejscu czy jakichś bardziej złośliwych zaczepek.

Z biegiem lat pojawił się żal. Zaczęłam mieć pretensję do samej siebie, że mogłam jednak nosić aparat. Po głębszych przemyśleniach uznałam jednak, że nie mogę mieć do siebie pretensji, bo byłam tylko dzieckiem. Zaczęłam więc zrzucać winę na rodziców. I tak w kółko – na jakiś czas żal odpuszczał, by następnie znów powrócić.

Jeden z momentów, który pchnęły mnie w kierunku podjęcia decyzji o aparacie, miał miejsce jakieś 3-4 lata temu. Wraz z M. oglądaliśmy zdjęcia. Usłyszałam wtedy: To jest zajebiste, idealne tylko ten DEFEKT.

Uznałam, że muszę coś zrobić!

Cała naprzód!

Forrest Gump biegnący przed siebie.

O zęby – zdrowe i proste – cisnęła mnie również Natalia – dentystka, u której leczę się od dzieciństwa.. Na każdej wizycie wiele musiałam się nasłuchać. Pamiętam, że był taki czas, kiedy zbuntowałam się również przeciwko temu i przestałam w ogóle chodzić do stomatologa (mniej więcej w wieku 14-20 lat :o). Miałam toszczęście, że w sumie nie musiałam. Zęby nie psuły mi się i nie bolały. Były tylko krzywe… W końcu i w moim życiu nastał taki moment, że pomyślam sobie: Dobra, coś z nimi zrobię, wyleczę, zaplombuję, wyczyszczę, a kto wie może i nawet wybielę? I poszłam…

Po długiej przerwie jeden był do leczenia kanałowego, zrobiono mi też prześwietlenie. Dentystka pogrzebała, podumała, westchnęła, wypełniła zęba i…ku mojemu zaskoczeniu stwierdziła, że więcej nic nie zrobi. Wprawdzie umawiałyśmy się się jeszcze kilka razy, coś tam mi wyleczyła, coś oczyściła. Generalnie bardzo miło wspominam te wizyty. Większość odbyła się bez znieczulenia – bardzo nie lubię tego uczucia niedowładu ust i policzków. Mam po tym takie wrażenie, że wstrzyknięto mi za dużo i na pewno nigdy już nie odpuści xD.

No, za pół roku przyjdź na kontrolę – usłyszałam od dentystki i wtedy poprosiłam ją o namiar do ortodontki. Wolałam pójść na konsultację kogoś z polecenia, niż w ciemno. Okazało się, że pani ortodontka przyjmuje w co drugi piątek w klinice u mojej stomatolog. Uznałam, że to dobra informacja, bo nie będę stresować się wizytą w nowym miejscu :).

Biały, zdrowy, prosty, szeroki i lśniący uśmiech, czy nawet uśmiech Ani Lewandowskiej, wydawał się być bardziej realny niż kiedykolwiek. Wystarczy przecież pooglądać zdjęcia celebrytów “przed i po”. Wykładasz kasę i masz. Nic prostszego! Pełna optymizmu, podekscytowana, wręcz podniecona zapisałam się więc na konsultację ortodontyczną!

Cała wstecz

Kręcone, czarne włosy, niska, z piegowatą cerą, z lekko rozszerzonymi porami i lekko podkreślonymi rzęsami. Luiza. Popatrzyła się na mnie, zapytała ile mam lat i podała lusterko.

Kochanie, patrz w lusterko, a ja będę Ci wszystko tłumaczyć – jak bardzo masz spi*rdoloną twarz (dopowiedziałam sobie). Wszystko, co mówiła, brzmiało dla mnie bardzo chaotycznie. Ale może dlatego, że po tym, co usłyszałam, byłam zestresowana i ciężko mi było ten natłok informacji i możliwości posklejać w całość. Na każde moje pytanie, czy prośbę o radę słyszałam tę samą odpowiedź:

Ja proponuję pani trzy metody leczenia. Jako lekarz jestem zobowiązana przedstawić każdą z nich. Nie mogę pani żadnej doradzić.

Czułam się trochę tak jakby ktoś odczytywał w sądzie wyrok skazujący mnie na lata cierpienia. Wszystko było wypowiadane bardzo sztywno i oschle, jakby z pamięci recytowane.

Tak czy inaczej zrozumiałam tyle:

Diagnoza: Tyłozgryz z protruzją. Niedorozwinięta żuchwa.

Zainteresowani jakie metody leczenia zaproponowano Agacie 😉? Czytajcie część drugą 😁!

P.S. Ponieważ dla wielu z Was zaczął się już rok szkolny, przypominamy także wpis na temat pewnej przygody w szkole… 😂


Jeśli znajomi planują wyprostować swoje zęby, podajcie im nasz adres 😉💕!
Jeśli jeszcze tego nie zrobiła(e)ś, dołącz do nas na Instagram 🏖 oraz Facebook 👍.