Zapraszamy do lektury drugiej części artykułu Agaty, czytelniczki Zadrutowanych. Link do cz. 1 artykułu.


Diagnoza: Tyłozgryz z protruzją. Niedorozwinięta żuchwa.

  1. Pierwsza metoda leczenia, to leczenie chirurgiczne, czyli operacja dolnej szczęki/żuchwy, żeby ją wydłużyć do przodu i osiągnąć prawidłowy zgryz.
    Tej metody nie brałam w ogóle pod uwagę, operację potraktowałam jako ostateczność.
  2. Drugiej metody niestety nie pamiętam jej. Zapamiętałam jedynie jej konsekwencję a mianowicie nieustający ból stawu skroniowo-żuchwowego. Również potraktowałam to jako coś niemożliwego do wykonania.
  3. Trzecia metoda leczenia, to założenie aparatu, poprzedzone ekstrakcją górnych czwórek w celu wstawienia przednich zębów do środka i dopasowania szczęki do żuchwy, a co za tym idzie – możliwość osiągnięcia idealnego zgryzu. Wydawało mi się, że tę metodę ortodontka sugeruje mi najbardziej, choć – jak sama stwierdziła – absolutnie nie wolno jej niczego doradzać. Niestety, bałam się, że zaproponuję mi właśnie ekstrakcję zębów, a bardzo tego nie chciałam.

Na koniec wizyty usłyszałam, że dopiero jak będzie mieć zdjęcia RTG (pantomogram oraz cefalometrię), będzie mogła powiedzieć coś więcej. Po tym wszystkim, co usłyszałam byłam smutna, rozczarowana i czułam jak łzy mi napływają do oczu. Zapytałam więc ortodontkę, czy istnieje możliwość leczenia bez wyrywania zdrowych zębów. Obawiałam się zmiany rysów twarzy (niekoniecznie na plus) i nie chciałam poddać się temu zabiegowi. Usłyszałam jednak, że bez ekstrkcji nie da rady, bo wtedy nie będzie dobrego zgryzu. Zaczęła mi również tłumaczyć że ortodoncja nie zajmuję się prostowaniem zębów, tylko leczeniem i prawidłowym ustawianiem zgryzu, a proste zęby to efekt uboczny dobrego zgryzu. Potem spojrzała mi jeszcze raz na zęby i powiedziała, że one same w sobie nie są krzywem tylko zgryz jest nieprawidłowy. Dodała też, że mnie rozumie i nie wymaga ode mnie podjęcia decyzji w tej chwili i że jej też byłoby szkoda wyrywać zdrowe zęby i liczyła na to, że może znajdziemy jakiś chory ząb, który i tak nadawałby do wyrwania, ale „niestety” nie ma u mnie takiego.

Uznałam, że skoro ona jest lekarzem – specjalistą, to pewnie ma w tej kwestii rację i nie negowałam tego. Zeszłam z tego fotela, ortodontka podziękowała mi za wizytę. Trochę zdziwiło mnie, że nie wypisała mi skierowania na te prześwietlenia, o których mówiła. Upomniałam się o nie, bo wiem, że nie wykonam zdjęć w innej placówce bez skierowania papierowego. Zaczęłam jednak zastanawiać się nad tym:

Może jej nie zależało na kolejnym kliencie? Może zapomniała? Może widziała po mnie, że nie jestem zachwycona przedstawionym planem leczenia? A może mój czas już minął?

Za wizytę zapłaciłam 100 zł. Właśnie tyle kosztowało mnie zabicie ostatnich resztek nadziei na lepszej jakości uśmiech.

Etap introspekcji

Po potoku łez, trzech godzinach siedzenia i patrzenia w okno, na przemian z zerkaniem w lusterko i przekonywaniem samej siebie, że może nie jest aż tak źle, Ł. w końcu postawił mnie do pionu. Zaczęliśmy szukać w internecie. W końcu w Warszawie niejeden ortodonta przyjmuje. Wyszukaliśmy więc kolejną – miała dużo pozytywnych opinii, właściwie same plusy. To też dało mi trochę do myślenia. A może te superlatywy to jakaś ściema?

Tak czy inaczej umówiłam się na konsultację do pani K. na za dwa tygodnie, niestety… Miałam więc wystarczająco dużo czasu, żeby rozpocząć to, czego nie popieram i nie lubię, a jednak… Nie mogłam oprzeć się pokusie i zaczęłam GOOOOOOOOOGLOWANIE!

Rozpoczęłam wędrówkę po setkach wpisów na blogach przyszłych, obecnych i byłych „aparatek”. Wertowałam tysiące artykułów o ekstrakcjach zębów i obejrzałam miliony zdjęć przed i po leczeniu (niektóre były naprawdę krwiste i drastyczne 😱).

I co? Znalazłam to, czego chciałam, ale znalazłam także to, czego nie chciałam. Zdania były podzielone 50/50. Kilkudniowe, bezsensowne szperanie po internecie nie przyniosło mi żadnych konkretów, dlatego postanowiłam zasięgnąć rady doświadczonych znajomych. I znowu zdania były podzielone. Ci, którzy mieli wyrwane zęby radzili: Rwij, nie zastanawiaj się! Ci zaś, którzy nie mieli wyrwanych zębów ostrzegali: Absolutnie nic nie wyrywaj! I bądź tu mądry…

Może zastanawiacie się dlaczego tak długo to analizowałam. Po pierwsze – boję się wyrywania zębów, bólu, komplikacji i ogólnie całego tego niby 10 minutowego zabiegu. Po drugie – szkoda mi zębów, które są zdrowe. W końcu nie po to je leczyłam, żeby się ich pozbyć.Po trzecie – naoglądałam się zdjęć, widziałam na żywo i możecie się ze mną kłócić, ale jak Boga kocham widzę zmiany rysów twarzy, które występują po ekstrakcji i nie podoba mi się ten efekt. Może to się wydać komuś, płytkie ale przyzwyczaiłam się do swojej twarzy, ust, policzków, nosa i wolę, żeby zostały tak same. Możecie uznać, że chciałam pójść na łatwiznę albo za dużo oczekiwałam. Ja natomiast chciałam jedynie drobnej poprawy ustawienia moich zębów.

Cała naprzód

Na umówioną wizytę poszłam z mamą :). Byłam trochę zdenerwowana, ze dwa razy nawet przez głowę przeszła mi myśl, że ucieknę. Nie chciałam znowu usłyszeć tego samego. Ortodontka w końcu wyszła po mnie i zaprosiła do gabinetu. Tam powitał mnie neonowo – różowy fotel, co było dość przyjemne, bo nie czułam się jak na sali operacyjnej, a bardziej jak w salonie kosmetycznym :). Generalnie było bardzo czysto, bardzo nowo i bardzo sterylnie. Gdy ortodontka zapytała, jak może mi pomóc, postanowiłam, że powiem prawdę, że jest to moja druga konsultacją. Powiedziałam jej też dokładnie, czego oczekuję. Ortodontka odpowiedziała mi wtedy, że stara się leczyć bezekstrakcyjnie, ale nie zawsze jest to możliwe i zobaczy, jak będzie w moim przypadku. Opuściła fotel, obejrzałam dala mi lusterko i… o mojej wadzie opowiedziała mi praktycznie to samo, co poprzednia pani L.Uznała, że może podjąć się leczenia bez ekstrakcji, ale zgryz nie będzie dobry. W sumie zamurowało mnie wtedy, bo nie spodziewałam się takiej oceny sytuacji.. Ona wzięła wtedy kartkę, rozpisała mi jak wygląda mniej więcej plan leczenia, co muszę zrobić, jakie są koszty i ile to trwa.

  1. Po pierwsze – zdjęcia RTG
  2. Po drugie – ortodiagnostyka (modele gipsowe/wyciski, zdjęcia zewnętrzne i wewnętrzne)
  3. Po trzecie – czyszczenie stomatologiczne (ew. leczenie)
  4. Po czwarte – ułożenie plan leczenia i założenie aparatu

Zaraz po tym podjęchała obrotowym krzesełkiem do komputera i powiedziała, że termin na czyszczenie, zdjęcia RTG i ortodiagnostykę jest tego samego dnia, ok. godz. 15:00. Byłam dość zaskoczona tym wszystkim, ale zdecydowałam się. Uznałam, że czyszczenie i tak przyda mi się, nawet jeśli nie zdecyduję się na założenie aparatu w tym miejscu. Ortodontka odprowadziła mnie do recepcji i tam zapisano mnie na kolejne zabiegi. Ortodontka przedstawiła się też mojej mamie i porozmawiała z nią trochę na temat aparatu.

Pani K. robi bardzo pozytywne pierwsze wrażenie. Jest spokojna, miła, kontaktowa, widać, że zależy jej na tym co robi. W końcu jest właścicielką całej kliniki 🙂
O godzinie 15 tego samego dnia zawitałam ponownie do kliniki i wykonałam:

  1. RTG – w recepcji czekała na mnie młoda, o ciekawej urodzie, emanująca pozytywną energią asystentka ortodontyczna. Zabieg był kompletnie bezbolesny, nic nie odczułam, w zasadzie podeszłam tylko do maszyny i nawet nie wiedziałam kiedy było po wszystkim.
  2. Zdjęcia cyfrowe – z profilu, z uśmiechem i bez, zdjęcia en face z uśmiechem i bez oraz zdjęcia zębów z bliska, czyli – nazwijmy to – wewnętrzne. Jak ktoś lubi sesje zdjęciowe, to w sumie może się cieszyć. Niestety, te akurat mają na celu pokazanie defektu, a nie jak to zazwyczaj bywa, ukrycie wszystkich mankamentów i pokazanie naszych atutów.
  3. Wyciski – wiedziałam czego mogę się spodziewać, bo miałam już kiedyś robione wyciski do aparatu ruchomego. Ogólnie polega to na wsadzaniu do ust metalowych łyżek/szyn, wypełnionych gliną, czy plasteliną o dziwnym, choć mało intensywnym smaku i przygniataniu tej masy do zębów. Chwilę się z tym czeka (ok 5 min). Przy wyciąganiu masy niekiedy pojawia się wrażenie, że niektóre zęby wyszły razem z plasteliną, ale na szczęście to tylko wrażenie, bo wszystkie zostają w dziąsłach.
  4. Czyszczenie, czyli skaling – zdecydowanie najmniej przyjemny zabieg. Trochę bolesny, momentami trochę mnie tu i ówdzie kłuło. Słony posmak w buzi oraz trochę krwi. U mnie skaling to zabieg znajdujący się wysoko na liście najbardziej znienawidzonych zabiegów wykonywanych u dentysty. Dorównuje mu tylko ssak! Jakie to jest okropne! Mam wrażenie, jakbym miała się zaraz udusić.

Podczas wykonanego przy okazji przeglądu dentystka znalazła parę miejsc do wypełnienia. W międzyczasie dostała też moje zdjęcie RTG. Na szczęście z kanałami wszystko było w porządku. Okazało się jednak, że mam trzy ósemki! Nie ukrywam, liczyłam na to, że nie mam ich w ogóle, bo do tej pory żadna mi nie wyrosła. Zdjęcia rentgenowskie pokazały jednak że mam 2 na dole i jedną na górze.

Oczywiście gdy w internecie czytałam o ekstrakcjach, naczytałam się również o problemach z ósemkami, a zwłaszcza przy aparacie. Wrócił mi więc paniczny strach przed kolejnym wyrywaniem. A nawet nie wyrywaniem, bo w moim przypadku nie byłoby czego rwać. Był to strach przed wycinaniem ósemek! Jeszcze parę godzin temu byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, że uda się oszczędzić moje czwórki. Tymczasem groziło mi wycinanie ósemek.

Spanikowana zapytałam dentystki, co z tymi ósemkami będzie. Powiedziała, że pewnie trzeba będzie usunąć po leczeniu ortodontycznym, ale o tym porozmawia z panią ortodontka. Po usłyszeniu tego wszystkiego umówiłam się jeszcze tego samego dnia na wizytę stomatologiczną oraz na plan leczenia.

Do historii Agaty wrócimy już wkrótce, a w poniedziałek kolejny wpis z cyklu… 😉?

Czytaj część trzecią artykułu.


Jeśli znajomi planują wyprostować swoje zęby, podajcie im nasz adres 😉💕!
Jeśli jeszcze tego nie zrobiła(e)ś, dołącz do nas na Instagram 🏖 oraz Facebook 👍.