Zapraszamy do lektury trzeciej części artykułu Agaty, czytelniczki Zadrutowanych. Jeśli jeszcze nie czytaliście poprzednich części jej artykułu, koniecznie do nich zajrzyjcie 😊! Linki: część 1 oraz część 2.


Bliżej niż dalej

Na wizycie u pani stomatolog padło pytanie kiedy zakładam aparat. Pomyślałam sobie hmmm dobre pytanie, bo nie zapisałam się na „założenie aparatu” tylko na „plan leczenia”. Po wizycie poszłam jednak do recepcji i zapytałam, jak to dokładnie wygląda, bo jestem zapisana na wizytę o nazwie „plan leczenia” i czy tam będzie od razu zakładany aparat? Okazało się, że nie bo „plan leczenia” a „założenie aparatu” to są dwie oddzielne wizyty. „Plan leczenia z kosztorysem” to tak naprawdę „gadanina” i jest na to przeznaczony jakiś tam czas, a koszt to 120 zł. „Założenie aparatu” natomiast to – jak nazwa wskazuję – klejenie aparatu do zębów. No i koszt jest nieco inny – w moim przypadku koszt jednego łuku metalowego wynosi 1700 zł. Ostatecznie na zakładanie aparatu zostałam umówiona na 20.06.2017.

Zanim jednak nastąpiło zakładanie aparatu, odbyłam wizytę zatytułowaną “Plan leczenia”. Trwała około ok. 15 – 20 minut i polegała głównie na rozmowie, podczas której wszystko omówiłyśmy. Cały plan ustawiania moich zębów zajął około 5 stron A4. Po tym co zobaczyłam na zdjęciach RTG, najbardziej interesował mnie temat ósemek. Ortodontka powiedziała, że powiedziała, że jeśli zaczną się wyżynać wtedy będziemy ustalać, czy będą one usuwane, czy może jednak usunięte zostaną siódemki. Jeśli zapadłaby decyzja o ekstrakcji siódemek, wówczas ósemki zostałyby wprowadzone na miejsce siódemek. Jeśli natomiast miałyby być wyrywane ósemki, to ze względu na ich położenie w sąsiedztwie nerwów należy liczyć się z ryzykiem niedowładu częściowego twarzy – stałym bądź chwilowym.

Domyślacie się pewnie, że mocno mnie to przeraziło. Nadal nie dopuszczam do siebie myśli, że będę musiała cokolwiek, kiedykolwiek wyrywać. Jeśli jednak będę musiała, to chyba jednak zdecyduję się na ósemki. Czas pokaże. Na razie staram się o tym nie myśleć i optymistycznie podchodzić do tematu – skoro do tej pory nie wyszły, to może już nie wyjdą? Choć wiem, że mogą wyjść – jutro lub nawet za 10 lat…

Ogólny czas leczenia to w moim przypadku ok. 2,5 roku. – może być dłużej, ale może być też krócej. Na razie nie będą usuwane żadne zęby, ale istnieje ryzyko, że mój zgryz nie zostanie w związku z tym ustawiony w pełni prawidłowo. Ortodontka wspomniała też o retencji – jakie są rodzaje i że jest niezwykle ważna w utrzymaniu efektu.

Gdy dowiedziałam się już tego wszystkiego, pozostał mi tylko… wybór koloru gumek 😃. Nie sądziłam, że w końcu będzie mi dane wybierać kolor ligatur! A trudny to wybór – wiadomo, prawie jak z kolorem hybrydy na paznokciach. A może dopasować sobie jedno do drugiego? Ostatecznie wybrałam niebieskie/morskie.

20-06-2017, czyli BRACEFACE

Nadszedł wielki dzień. Był to wtorek. Wzięłam urlop w pracy i pojechałam z chłopakiem do kliniki na zakładanie górnego łuku. U mnie zakładanie przebiegło bezboleśnie i standardowo:

1. Nałożono mi okulary ochronne
2. Wytrawiono zęby specjalnym kwasem
3. Przyklejono zamki specjalnym klejem
4. Osuszono i utwardzono klej lampą – z niebieskim światłem UV
5. Włożono drucik między zamki – zaskoczeniem było dla mnie jak bardzo ten drucik jest giętki, gibki i cienki
6. Na zamki założone zostały ligatury we wspomnianym już kolorze morskim

Po tym wszystkim mogłam obejrzeć efekt w lusterku 🙂. Wrażenie wizualne było pozytywne 😊.

W recepcji kupiłam specjalną pastę, szczoteczkę, wyciorki i wosk. Dziewczyna w recepcji pokazywała mi jak korzystać z tego wszystkiego na takim specjalnym zadrutowanym modelu. Dobrze, że dała mi też wydrukowaną instrukcję, bo szczerze mówiąc nic z tego nie zapamiętałam – byłam pod takim wrażeniem, że to już po wszystkim. Zapłaciłam, wyszliśmy i z racji tego, że oboje mieliśmy wolne, poszliśmy na obiad.

Światła, kamera… Akcja!

Pierwsze odczucia? Jakby ktoś wziął moje zęby między palce i mocno ściskał. Nie czułam bólu, ale nacisk i napieranie na zęby – owszem. Na obiad zamówiliśmy schabowego, ziemniaki i surówkę. Choć nie za dobrze mi się gryzło, a wszystko zaczepiało się o zamki i obklejało elementy aparatu, byłam z siebie i tak bardzo dumna. Dałam radę, a wszyscy ostrzegali mnie, że na 3 lata mogę pożegnać się ze stałymi pokarmami i przerzucić się na papki i jogurty. Przez cały dzień chodziłam zadowolona i myślałam sobie, że ludzie gadają jakieś bzdury albo są zupełnie nieodporni na ból. Uśmiechnięta od ucha do ucha doczekałam wieczora i… sama też zaczęłam odczuwać ból. Coś mało przyjemnego zaczęło dziać się po prawej stronie. Pomyślałam jednak, że aparat zaczyna działać 🙂.

Kolejnego dnia zaraz po wstaniu poszłam do kuchni napić się wody. Jak zwykle stuknęłam się butelką w górne jedynki i… zaczęło się. Poczułam przeszywający ból, jakby jedynki miały za chwile wypaść… Ponieważ było lato, przetrwałam ten dzień na jogurtach i wodzie. Oprócz wrażeń bólowych odkryłam też, że jakoś nie umiem poradzić sobie z zamknięciem ust. Udawało mi się to dopiero po wykonaniu dziwnego ruchu ustami (osoby noszące aparat na pewno wiedzą, o jaki ruch chodzi 😂) ewentualnie przy pomocy palców. Oczywiście zerknęłam też w lustro, żeby sprawdzić, czy widać już pierwsze efekty 😆. Oczywiście efekty były niezauważalne, ale za to na śluzówce odgniótł mi się zamek.

Mycie zębów też na początku szło mi bardzo powoli – po pierwsze z powodu bólu, a po drugie – ze strachu. Bałam się, że to wszystko pozrywam z zębów, że popękają ligatury albo wysunie mi się drut. Aparat wydawał mi się bardzo delikatny.

Przez 3 dni bolały mnie zęby, ale obyło się bez środków przeciwbólowych. Chwilami jednak marzyłam, żeby po prostu zerwać aparat z zębów. Miałam wrażenie, jakby mnie paliło gdzieś w środku w dziąsłach. Na szczęście po tygodniu wszystko było tak jak przedtem. Przyzwyczaiłam się, zaczęłam jeść normalne kanapki, mięso, a nawet hamburgery! Jedzenie też jakby mniej się wkręcało w aparat albo to ja nauczyłam się lepiej przeżuwać. Oczywiście na początku nie widziałam żadnych większych efektów noszenia aparatu. W związku z tym znowu pojawiły się obawy w stylu: Czy to na pewno pomoże? Przecież ten drucik jest taki cieniutki… A może ta ortodontka nie wie co robi? Może trzeba było wyrwać te czwórki? Z czasem również te obawy minęły 😉.

Na kolejnej wizycie zaplanowane było zakładanie dolnego łuku. Naklejanie zamków przebiegało tak samo jak wcześniej. Na koniec standardowo dostałam lusterko, żeby ocenić efekt wizualny, a przede wszystkim – różowe gumki 😊. “Na oko” wszystko było w porządku, ale po zagryzieniu szczęki miałam wrażenie, jakby zamki były naklejone nie z przodu zębów, a na górze (na koronach czy też grzebieniu). Dolna czwórka i piątka były mocno nachylone do wewnątrz. W związku z tym ortodontka postanowiła, że odklei z nich zamki, a drut dociągnie do szóstki i go zagnie. W przestrzeniach, w których drut nie był w zamkach, miałam taką plastikową osłonkę/rurkę. Ortodontka powiedziała, że na zamki na tamtych zębach przyjdzie jeszcze czas.

Dopóki nic nie jadłam, z rurkami można było normalnie funkcjonować. Co prawda przy każdym przełknięciu śliny rurka zaczepiała o policzek od wewnątrz, przez co po godzinie miałam już całkiem sporą ranę. Było tak, jakbym się ciągle przygryzała i to w tym samym miejscu. Pierwszy posiłek z tym ustrojstwem pamiętam bardzo dobrze – próbowałam zjeść czekoladowego, miękkiego rogala 7days. Okazało się, że nawet to przerosło moje ówczesne możliwości jedzenia – jedno ugryzienie spowodowało, że cały drut wysunął się z ostatniego zamka i po prostu sobie dyndał…

Przytrafiło mi się to w godzinach popołudniowych, a pani doktor już nie było w pracy. Szczerze mówiąc nie chciało mi się już nic z tym robić – byłam zła i zdenerwowana. Dopiero następnego dnia pojechałam do kliniki, po nocy z dyndającym drutem, co spowodowało rozcięcie policzka od środka. Pani higienistka wprowadziła drut do ostatniego zamka, z tym że przycięła go przy samym końcu a nie zagięła jak ostatnio. Rany posmarowała maścią. Wydawało się, że wszystko jest już w porządku, ale pierwszy posiłek z nową instalacją okazał się być powtórką z rozrywki – jeden kęs i wszystko się posypało! Dodatkowo rurkę niestety połknęłam razem z jedzeniem!!! W akcie desperacji, uznając, że już nic gorszego nie może się wydarzyć, postanowiłam, że przynajmniej normalnie zjem, bez konieczności uważania na aparat.

Oczywiście zadzwoniłam także do kliniki i zapytałam, czy mogę przyjechać. Pech chciał, że ortodontka była ten jeden dzień na urlopie, a higienistka bez konsultacji z panią doktor nie może mi zrobić niczego innego, niż włożyć drut do zamka :(. Na szczęście, gdy byłam już na miejscu, okazało się, że personel kontaktował się z ortodontką, która wyraziła zgodę, aby założyć mi na siódemki i ósemki metalowe ligatury. To było bardzo miłe – nie zostałam na lodzie i nie musiałam czekać na powrót ortodontki do pracy, tylko zostały podjęte działania w kierunku rozwiązania mojego problemu. Niestety, na fotelu okazało się, że to też nic nie da, bo wspomniana czwórka i piątka są za bardzo nachylone do wewnątrz. Tak naprawdę modliłam się, żeby po prostu obcięli ten drucik już za zamkiem na trójce. W przeciwnym razie pewnie wzięłabym kombinerki i zrobiła to sama… Na szczęście zrobiła to jednak higienistka 😅. Po tych trzech dniach wyjętych z życia naprawdę odetchnęłam z ulgą.

Choć generalnie wydaje mi się, że dolny aparat dokuczał mi bardziej niż górny, to podobnie jak wcześniej – po tygodniu było już wszystko w porządku. Obecnie w ogóle nie odczuwam, że mam aparat. Choć od założenia łuku na zęby górne minęły raptem 3 miesiące, zmiany są już zauważalne – zęby trochę się cofnęły, łuk się poszerza i nawet pokazały się szparki pomiędzy zębami! Oczywiście mam trochę obawy, co jeszcze wymyślą w związku z moimi zębami, ale na razie cieszę się normalnym funkcjonowaniem 😊.

Cóż znaczy kilka dni cierpienia, jeśli w zamian otrzymuje się szansę na piękny uśmiech na resztę życia?


Serdecznie dziękujemy Ci Agato za dzielenie się z pozostałymi zadrutowanymi swoimi wrażeniami ❤️. Nie jest już niespodzianką dla wielu z Was, ze pierwsze dni są najgorsze, a potem już ‚z górki’. Natomiast dobrze również wiedzieć, że połknięcie części aparatu to nie koniec świata, a kiedy jesteśmy do tego zmuszeni – noc z luźnym końcem drutu, choć niemiła, jest również do przeżycia 🙂. Jak zawsze – telefon do kliniki/ortodonty jest zawsze najlepszym pomysłem.

Jeśli znajomi planują wyprostować swoje zęby 😬, podajcie im nasz adres, może znajdą tu coś również dla siebie 💕?
A jeśli jeszcze nie śledzicie Zadrutowanych w mediach społecznościowych, dołączcie do nas na Instagram 🏖 oraz Facebook 👍.